Przeskocz do treści
Ostoja Prześwietlenie za 0 zł

Moduł trzeci · treść

Żubr. Pisze, publikuje i sprząta po sobie — a przy wątpliwości woli nie opublikować.

Żubr pisze wpis, ocenia go punktowo od 0 do 100, a poniżej progu 80 nie publikuje go wcale. Publikacja to jeden ruch: spis adresów, kafelek w blogu, wgranie z kopią zapasową każdego nadpisywanego pliku, zgłoszenie adresu do Google i Binga, sprawdzenie na żywo. W harmonogramie jest dziś 108 pozycji i zero zaległych.

Zobacz plan treści na pierwszy miesiąc

Plan układamy z listy Rysia, nie z pomysłów. Najpierw wiadomo, których stron Google nie ma i dlaczego, potem dopiero powstaje temat.

Dla kogo

Dla tego, kto próbował pisać bloga i przestał po trzecim wpisie

Nie dlatego, że nie umiał. Dlatego, że wpis pisze się wieczorem, a rano trzeba odebrać telefon, pojechać na wymiar i wystawić fakturę. Trzeci wpis powstaje w marcu, czwarty w listopadzie, a między nimi blog wygląda na porzucony — bo jest porzucony.

Żubr wchodzi wtedy, kiedy Ryś pokaże, że część stron nie wejdzie do Google od samego pukania. Powód „strona wykryta, obecnie niezindeksowana” — u nas 53 razy na 101 brakujących stron — znaczy, że Google tę stronę widziało i przeszło obok. Tego nie ruszy żadne ponowne zgłoszenie. Rozbraja się to treścią i linkami.

Kolejność, która ma znaczenie

  1. Ryś mówi, których stron Google nie ma i dlaczego akurat tych.
  2. Puchacz mówi, czy roboty w ogóle dostają Twoją stronę.
  3. Żubr dokłada treść i linki — dopiero teraz, kiedy wiadomo, że jest gdzie je położyć.

Odwrotna kolejność to pisanie w ciemno. Zdarza się często i kosztuje dokładnie tyle samo.

Co Żubr robi

Ocenia każdy wpis, zanim ktokolwiek go zobaczy. Skala od 0 do 100, jawne wagi: użycie fraz 30 punktów, długość 25, nagłówki 20, linki 13, multimedia 12. Próg publikacji to 80.

Bramka jakości fizycznie zatrzymuje publikację. Poniżej 80 punktów, poniżej 400 słów albo przy więcej niż czterech publikacjach u jednego klienta w siedem dni wpis nie wychodzi. To ostatnie jest zabezpieczeniem przed masówką: nienaturalne tempo publikacji jest dokładnie tym, za co Google karze. Da się to obejść, ale tylko świadomie, osobną komendą.

Ma spisane zasady pisania, które da się policzyć. Nie „pisz dobrze”, tylko: pierwszy akapit 40–60 słów, policzone. Pierwsze zdanie musi zawierać konkret — liczbę, widełki, termin albo jednostkę. Zamknięta lista zakazanych otwarć, w której są „to zależy”, „w tym poradniku” i „w dzisiejszych czasach”. Od trzech do sześciu sekcji plus FAQ. Wstęp ma się obronić wycięty z artykułu, jako gotowa odpowiedź do zacytowania.

Fakty bierze wyłącznie z karty Twojej firmy. Czego nie ma w karcie ani na Twojej żywej stronie — tego nie wie i nie zmyśla. Dotyczy to także danych strukturalnych: nie ma nazwiska w karcie, nie ma autora-człowieka w JSON-LD. FAQ w danych strukturalnych składa się wyłącznie z pytań, które realnie widać w treści wpisu.

Publikuje w jednym ruchu i sprząta po sobie. Dopisuje adres do spisu, dokłada kafelek do indeksu bloga, wgrywa pliki robiąc kopię zapasową każdego nadpisywanego, daje znać Google i Bingowi o nowym adresie, zapisuje wpis w rejestrze, domyka pozycję w harmonogramie i sprawdza na żywo, czy wpis naprawdę się otwiera.

Wpis rodzi się już podlinkowany. Blok „Zobacz też” z dwoma albo trzema powiązanymi wpisami, twardy limit trzech linków. Sierota nie powstaje.

Ma dwa hamulce, które wolą nie opublikować niż opublikować źle. Gdy wpisu nie da się dopisać do indeksu bloga, nie wgrywa go wcale — bo inaczej dostałbyś stronę widoczną pod adresem, ale nieosiągalną z bloga. Gdy na serwer weszła tylko część plików, nie zgłasza wpisu do Google, bo strona może być niekompletna.

Co stoi za tym w liczbach

106

opublikowanych wpisów w rejestrze, u dziewięciu firm

stan 2026-08-09

108

pozycji w harmonogramie: 80 opublikowanych, 23 czekają, 5 anulowanych

stan 2026-08-09

0

zaległych publikacji w kolejce rozpisanej do 4 września

stan 2026-08-09

80 / 100

próg publikacji; minimum 400 słów; maksimum 4 wpisy na 7 dni

wartości zapisane w kodzie

Rozbicie 106 wpisów: pogotowie wod-kan 25, gabinet weterynaryjny 14, lakiernia 13, salon wykończeń 12, nasza strona 12, place zabaw 11, fotograf 11, krioterapia 8.

Limit czterech wpisów na siedem dni jest cechą, nie ograniczeniem. Narzędzia zagraniczne sprzedają trzydzieści artykułów miesięcznie za 426 zł i sto za 1 862 zł. My tego nie przebijemy i nie próbujemy. Nasz limit stoi w kodzie i fizycznie zatrzymuje publikację, bo tempo publikacji jest jednym z sygnałów, na które Google patrzy. Płacisz nam także za to, czego Ci nie zrobimy.

5 sierpnia 2026

Dziesięć gotowych wpisów leżało martwych, bo alarm pilnował terminów, a one nie miały terminu

Rano system meldował: wszystko wyszło na czas. I to była prawda. Kontrola pilnowała terminów. Nie pilnowała istnienia terminu.

Porównanie tego, co leży na dysku, z rejestrem i harmonogramem pokazało dziesięć gotowych wpisów, których nikt nigdy nie zarejestrował. Wszystkie napisane. Wszystkie sprawdzone. Dziewięć z nich na 100 punktów na 100, jeden na 97.

Wszystkie zwracały 404 na żywo.

Wpis bez daty nie może być przeterminowany. I właśnie dlatego jest niewidzialny.

Ciekawsze jest to, co stało się potem. Nie opublikowaliśmy wszystkich dziesięciu. Opublikowaliśmy siedem. Trzy odpadły po sprawdzeniu na żywej stronie, nie na oko: jeden był duplikatem wpisu, który już wisiał, drugi kanibalizowałby własną stronę usługową klienta, trzeci został zastąpiony wpisem opublikowanym dzień wcześniej.

A po dosypaniu tych siedmiu bramka tempa wykryła cztery kolizje — za dużo publikacji u jednego klienta w ciągu siedmiu dni — więc terminy przesuwano od najwcześniejszej, aż wyszło czysto.

Automat, który raportuje wyłącznie o rzeczach, które zna, zawsze powie, że wszystko gra.

Wartość jest w pytaniu „czego w moim raporcie nie ma”. Dlatego raz na jakiś czas porównujemy dysk z rejestrem, a nie rejestr z samym sobą.

Jak wygląda Wasz wynik w Google

Pozycja to połowa sprawy. Druga połowa to czy ktoś w to kliknie — a o tym decyduje tytuł i opis, które człowiek widzi przed kliknięciem.

Pokazujemy Wasz wynik tak, jak widzi go szukający — obok wyników sąsiadów, z zaznaczeniem, gdzie Google utnie tytuł. Zaskakująco często problemem nie jest miejsce w wynikach, tylko to, że wynik obok wygląda konkretniej.

Liczymy, ile kliknięć tracicie przy obecnej pozycji. Fraza stojąca wysoko i klikająca się poniżej normy dla swojego miejsca to najtańsze kliknięcia, jakie istnieją — poprawia się sam tytuł i opis, bez ruszania pozycji.

Krzywa klikalności jest nasza, dla rynku polskiego i celowo zachowawcza — niższa niż dane amerykańskie. Podniesienie jej zawyżałoby lukę i wrzucało tu strony, które klikają się normalnie.

Kontrola, czy tekst brzmi jak człowiek

Każdy wpis przechodzi przez pomiar odcisku maszyny — zaczynając od naszych własnych tekstów, zanim padnie słowo o cudzych.

Pięć warstw, z cytatem i gotową poprawką. Nie „ocena 72/100", tylko: oto zdanie, oto co z nim zrobić. Wyliczenia zawsze po trzy, zdania równej długości, słowa, których żywy człowiek nie używa — to są rzeczy do pokazania palcem, nie do punktowania.

Narzędzie, które chwali pracę swojego właściciela, jest bezużyteczne. Dlatego wynik pomiaru NASZYCH wpisów stoi na górze ekranu. Bez tego nikt nie ma powodu wierzyć reszcie.

Nowe podstrony składane z planu

Czasem odpowiedzią nie jest wpis na blogu, tylko brakująca podstrona usługowa.

Piszecie plan po ludzku, my składamy stronę w wyglądzie Waszego serwisu. Przy pisaniu planu widać od razu, co już macie — żeby druga strona o tym samym nie dzieliła mocy z pierwszą.

Czego Żubr nie robi

Nie obiecuje pozycji ani ruchu. Wynik 100 na 100 mówi o zgodności wpisu z wzorcem optymalizacji. Nie mówi o TOP10. Wpisy dosypane 5 sierpnia miały dziewięć razy 100 na 100 i nadal czekają na Google.

Nie dobiera fraz z głowy. Frazy mają pochodzić z realnych zapytań z Twojej Search Console i z pytań, które dostajesz przez telefon. To drugie źródło jest najlepsze, jakie istnieje, i nikt poza Tobą go nie ma. Ahrefsa ani Semrusha nie mamy i nie udajemy, że mamy.

Nie dolinkowuje starych wpisów automatycznie. Nowy wpis rodzi się podlinkowany. Naprawienie linkowania w tym, co już wisi, to osobna robota, uruchamiana ręcznie i domyślnie na sucho. Jest w najwyższym pakiecie.

Nie publikuje w social mediach. Przygotowuje gotowy tekst posta na wizytówkę Google, do 1450 znaków, i zapisuje go obok wpisu. Wysyłasz go Ty i tak zostaje.

Nie wie o wpisach, których nie napisał. Treść, którą dodałeś sam, jest dla niego niewidzialna — i dlatego przy pierwszym miesiącu przechodzimy Twój blog ręcznie, żeby automat nie dobrał tematu na dubel. To się już raz zdarzyło i dlatego o tym piszemy.

Rzecz, którą naprawiamy u siebie, zanim sprzedamy komukolwiek abonament: publikacja o czasie zależy dziś od zadania uruchamianego z komputera, a nie z serwera. Kolejka jest czysta, ale to zasługa pilnowania, nie architektury. Do czasu przeniesienia tego na serwer nie napiszemy nigdzie na tej stronie słowa „codziennie” o publikacji.

Plan treści powstaje z listy, nie z burzy mózgów

Podaj adres. Odeślę listę stron, których Google dziś nie ma, z powodem przy każdej — a przy tych, którym pukanie nie pomoże, propozycję tematu, który mógłby to zmienić.

Zobacz plan treści na pierwszy miesiąc

Bez karty. Bez zobowiązania. Odpowiadam w jeden dzień roboczy.

Wersja robocza — układ i teksty do akceptacji.